wkrótce spadnie deszcz meteorów
myślę o tym biorąc prysznic
sąsiad wyjeżdża z podwórka
w aucie leci mr.vain.
rzęzi tłumik
słychać bawiące się dzieci
rowerowe dzwonki
na klatce ktoś schodzi po schodach
trzask drzwi
wyglądam przez okno
niebo jest błękitne
para gołębi buszuje na sośnie
słychać silnik helikoptera
krążącego nad miastem
jest lipiec
tydzień przed moimi urodzinami
być zapomnianym

przeszłość pokrojona w plastry,
zabraliśmy ich czas,
tym ludziom, spotkanym i nie
i tym zapomnianym,
ich czas jest najgęstszy
być zapomnianym to jakby nigdy nie istnieć
poświęcony komuś czas wraz z jego zapomnieniem gęstnieje
galareta goryczy trzęsie się przy byle wspomnieniu
świadomość bycia zapomnianym
Ruhra

Czarne wstęgi wiją się jak węże
Rozkopane Zagłębie Ruhry tonie w ruchu
Skrzynki z kanapkami w spoconych dłoniach
Robotnicy o jeden dzień bliżej chwały
W prosektorium ideologicznych wyzwań
Przemysł kiedyś ociekający lukrem
Dziś z pozoru skansen techniki
Goni latawce niemieckiej gospodarki
Obdrapane w spreju ściany kamienic
Autostrady porośnięte dzikim winem
Mosty i wiadukty uginające się pod cysternami
Koleiny życia i pełne parkingi o zapachu uryny
Asfalt topi się w blasku naszej gwiazdy
Powoli wychodzący z kabin opaśli Niemcy
Pamiętający dobrobyt lat 80
Nieubłagane odczucie bliskości końca.
lody

mówią, że wszystko z tego co widzimy
nie jest prawdziwe, obraz, dźwięk, dotyk, smak..
myślę, że tylko intuicja jest prawdziwa
jest ona refleksyjną ekspresją DNA
które, wiekami kształtowane i maglowane,
spajane ewolucją
miliony lat powolnego majaczenia białek
bym dziś siedząc tu zaprzepaścił wszystko
żrąc lody w ten nieznośny upał.
czuję, że życie jest tam, gdzieś między drzewami
sadząc tyłek na pieńku przy mszanym dywanie..
ta cywilizacja jest ostatnią.
jestem

jestem melodią, basowym niskim dźwiękiem
przeplatającym się z płaczącym jękiem gitary.
dźwięk mnie ryje, jak rwąca woda potoków górskich
przesuwa kamienie i piaski, gałęzie, liście.
formą, naczyniem które wypełnia się falami.
czyimś dawnym wspomnieniem, upojonym klaunem.
ławkowiczem, czasem blokersem, ćpunem, pijakiem.
nienasyconym wrażeń szczylem, gdzieś w środku.
własnym ojcem, sam dla siebie.
musztruje, pilnuje, zaganiam do pracy i pouczam.
tylko dorosłym dzieckiem,
uwikłanym w wiele historii i spraw
bez zakończenia ani początku.
lojalnym psem łaknącym ciepła i miłości,
michy i miękkiego posłania.
cierpliwością drążę diamentowe myśli,
izotopem, pochodną człowieka.
ekonomiczną wartością, towarem,
sprzedaję swój czas za saldo do dziesiątego.
łzami modlących się o pokój i łuską o niego walczących.
gubiącym w zagrożeniu trop do swej nory z małymi zającem.
wpadam w oko kochliwym, zazdrosnym drzazgą.
umarłym rycerzem, żyjącym giermkiem.
deszczowym słońcem w październiku
gradem w maju, pierwszym trzmielem, nocnym śpiewem kosa.
*
Płynie rzeka przez noc myśli
Poczuj podmuch wiatrów
Pieszczą twą twarz, kołyszą włosy
Stopy zanurzone w zimnych kamieniach
Opłakują we wsi babki dziadów
Poprzewracane chochoły
Kurz
Łuki triumfalne topią się w słońcu
Kolejny dzien bliżej końca
Z zatęchłych dywanów unosi się kurz
Osiada na skórze i wchłania
Dużo wody, dużo wszystkiego
I odrobinę kurzu
To wszystko się miesza w mojej taksówce
Konfesjonał
Posypie głowę popiołem, bo wierzę, że zgrzeszyłem, by wybrać przecież tylko jeden dzień niezmogłem wcale i za wzór jego uczynić mą mogiłę z jesiennych liści i wciąż jeszcze leżących zgniłych jabłek. Na stoku bawią sie dziatki, nikt tak już nie mówi, nikogo to nie obchodzi..
próba czasu
zadziwiające jak drobne szczegóły mogą zakrzywiać obraz. przedmioty natury nurkujące w głębinach czasu, przemierzają drogę murszejąc i kwitnąc. z pozoru najlepiej znoszące próbę czasu kamienie, pokryte antycznymi warstwami skrystalizowanego kurzu i dawnych historii kryjących się w świecie niedostępnym wiatrom, wyłażą na polach by ogrzać się w blasku gwiazd. zawiłymi ścieżkami drepczą istoty, między zgrzybiałymi pniami, najeżonymi mchami, kątami rozwartymi i ostrymi połamanych łodyg, kwitnących i sterczących na baczność w porze letniej. szły.. idą, - maszerować będą, choćby nie do zniesienia było towarzystwo otoczenia. cierpliwie im kapie z gałęzi przemoczony śnieg, klepsydra pór roku. w szeroko otwartych ślipiach odbija się doświadczenie poprzednich pokoleń. powietrze przepełnione informacjami, feromonami, zapachami, niesie je wiatr, rozpręża i ściska, kondensuje i wygasza. nic co wydaje się im sprzyjać nie potrzebuje splendoru, losowe drużby i przyrzeczone na wieki wrogie obcych im światy. przetrwają próbę czasu, a ty?
baldachimy
naprężone baldachimy moich policzonych dni
przecieram z kurzu
odkrywając chłonną zieleń
naświetlaną atomami przez wizjery dla gigantów
na ścianach gdzieniegdzie kwitnąca czerń
odpychająca i zamknięta
osłonięta pajęczą tkaniną z szarych nici
