Kominy

jackson thilenius

Gdy zacznie już sączyć się zewsząd, ich cierpienie w całości, cierpienie i gniew pierwotny o woni torfowej i duszącej jak brak powietrza, duszącej jak lęk. Spłoną w umysłach wszystkich niczyje już wtedy, sławą owiane monumenty prawdy, przykrywając, czarną jak sadza pierzyną okrucieństwa, wylane betonem sine oczodoły miast kiedyś pełnych.

beksinski1

Miast, czy bardziej gett, tworzonych przez wykształconych w świętym duchu mordu i gwałtu, wykorzenionych moralnie i etycznie pustych, niezasługujący na miano istot wyższych sadyści i mordercy, tworzonych na potrzeby własnego krwistego obżarstwa. Głuchym trzaskiem młota, w niesłyszanym, jak gdyby bezdźwięcznym wrzasku rozpaczy dzień w dzień mordowanych jest miliony.

Przy oknie

Rembrandt-Student
Rembrandt – The Student

      Niespecjalnie się dziś spieszę, jeśli wcale. Nie wybieram się nigdzie też. Czas, jeśli by taki istniał z pewnością wydłużałby i rozciągał swą podróż przy mnie, wyraźnie go jednak zabrakło. Może i dobrze mi z nikim. Ten nikt o nic nie pyta, nikomu nie muszę też odpowiadać, bądź opowiadać. Usta me w ciągłym zamknięciu jakby trwają, i tylko to co im niezbędne chłoną.

2-sergei-rachmaninoff-granger
G.Chambers – Rachmaninov

 

kalendarz

Gdy zacznie się brumaire, będzie już po wszystkim. Znów nas uraczą swoją obecnością. Niby nowi, świeżutcy, tacy nieskazitelni. Wybrali ich ludzie, więc są ważni. Trzeba się z nimi będzie teraz liczyć, bo to oni teraz będą decydować. Fakt, że społeczeństwo jakie by nie było, dokonało wyboru już się nie liczy. Wyborów mają teraz dokonywać wybrańcy, patrzący przez własne sito. Zanim jednak tak się stanie, odziani w słowne szaty, w hasła które mają być wytrychem do świadomości, zapowiadają zmiany, jednoczą się, ściskają swoje dłonie, ściskają swe twarze by wszyscy się zmieścili w kadrze, bo może kogoś zabraknąć i co wtedy. Niestety, właśnie tym nieobecnym, będącym poza kadrem kamer i bukietem mikrofonów jest coś, czego nieświadomie wszyscy bardzo sobie życzymy. Ucieka nam, nieuchwytny stan, który scala całą resztę, którego nie sposób opisać słownikiem słów. Jest nieobecny, gdyż nikomu tak naprawdę nie zależy na jego obecności. Wynika to z obawy przed ilością zmian, nad trudem wykorzenienia z ludzkich umysłów tak wielu patologii, tak ogromnej ilości cierpienia, bez której nie można już będzie zbudować potencjału. Kiedyś, gdy będzie już za późno, nie będzie winnych, będzie tylko gniew.

Ruchomy obraz własnej śmierci

5513578

Mógłaby być obrazem mojej śmierci, przyzwyczaiłem się do jej wizji. Widziałem ją tysiące razy w „dziecięcych fantazjach”. W pełni zorganizowany akt, służący nie wiadomo czemu, niosący lekki niedosyt przyjemności. Reżyserowanie fantazji o odejściu, kadr po kadrze do ideału, najczęściej przed snem. Bohaterskie czyny, zwieńczone śmiercią obrońcy w ramionach kobiety. To jak w drażniącym i gęstym, kłębiącym się wokół twarzy, wdzierającym się z bólem i rozpaczą do oczu dymie moment, tuż po pociągnięciu za spust, w niewiedzy, że wycelowało się w siebie samego.

Tak właśnie jest z Sheltering Sky – King Crimson, wycelowane  w miejsce, które opisałbym autoportretem  Egona Schiele „Śmierć i dziewczyna”, choć śmierć na obrazie symbolizuje koniec pewnego etapu w jego życiu, a w naszym przypadku to ma być koniec wszystkiego, dlatego to trwa tylko do trzeciej minuty i dziesiątej sekundy, po czym przemienia się w scenę z filmu The Sheltering Sky Bernarda Bertoluccego [1:33:42], w której Port powolnie umiera w ramionach Kit.

Czerwień zachodzącego słońca, rozświetlająca z pewnością bladą twarz Portera, i jej ubłaganie go w parze z sustainem gitary Frippa. W sinoniebieskim półmroku ona usiłuje odnaleźć pomoc, czego zdaje się już nie ma w książce Paula Bowlesa. Następuje cichy poranek, dotykiem zamyka jego oczy.

 

retrospekcja

Okolicę otaczał gęsty las od północy, oddzielony polami kukurydzy. Domy ustawione suwakiem wzdłuż równoległej do lasu ulicy. Nie miała nazwy, bo i po co komu nazwa ulicy. Całość położona na wzniesieniu. Od południa był  około 100 metrowy zjazd z resztek asfaltu i płyt betonowych o dość dużym kącie nachylenia, na oko ok 15 stopni, może więcej. Na ponad kilometrowej ulicy, 25 gospodarstw, kilka opuszczonych, klub kulturalny w którym tapety w zdobione ornamenty odklejały się odkrywając w zamian gołe ściany z desek i żółty klej do tapet, pełno było śmieci, ostatni koncert zagrany tak dawno, że membrany w głośnikach powyjadały myszy. Państwowy kompleks gospodarczy, duży zbiornik retencyjny służący głownie za łowisko ryb, sklep na końcu ulicy od zachodniej strony z pysznym chlebem żytnim z blachy.

Z daleka słychać było szum pomp z naszej i sąsiednich wież ciśnień . Ich echo roznosiło się po całej okolicy rezonując . W zasadzie było całkiem głośno, biorąc pod uwagę porę. Po 20 w tej okolicy nie można było spotkać kogokolwiek. Przy dość silnym wietrze, a taki właśnie był, blaszane rynny pogwizdywały przez rdzę na każdym winklu. Wieczorem raz w tygodniu korzystaliśmy z bani sąsiada, całą rodziną, czasem nawet razem z rodziną sąsiada, żeby nie rozgrzewać dwa razy. Bania była stara, podzielona na dwa pomieszczenia, wiatrołap i szatnie w jednym, no i sauna. Sufit osmolony, powietrze gorące i ciężkie, nasiąknięte olejkami z brzozy i dymu palonego drzewa. Na prowizorycznych półeczkach leżały splecione witki właśnie brzozy do chłostania ciała po namoczeniu w wodzie, do wyboru, zimna jak lód, lub prawie wrzątek. Po takim wiejskim spa można było odnaleźć siłę na dalsze działanie, ale najpierw sen.

Stałem owinięty długim ręcznikiem od ramion aż po łydki. Czekałem na resztę rodziny, która miała wyjść z bani. Przez cały zgiełk na zewnątrz ledwo przebijała się rozmowa z wewnątrz. W ciemnościach, które próbowała rozświetlić pomarańczowym światłem żarówka, widać było jak para wydostaje się szczelinami między balikami. Z pobliskiej państowej obory głośno nawoływały krowy. Budziło to we mnie poczucie grozy, uczucie czegoś czego z pewnością nie uniknę, konieczności obcowania zawsze z czymś czego w ogole nie rozumiem. Podziwiałem dorosłych za umiejętność nierozpraszania się przez niewidoczne szczegóły, niezdając sobie sprawę, że to mój świat jest jeszcze pełny fantazji, pełny magii i nieskończonej wyobraźni.