Pianino

Pamiętam, że pewnego dnia przyszedłem do Twojej pracy. Usiadłem przy pianinie w sali konferencyjnej, w której stał długi stół z wieloma krzesłami dookoła. Kręciły sie tam Twoje koleżanki, podśmiewały się ze mnie. Próbowałem coś zagrać, trochę się wstydziłem, nie mogłem sobie za nic w świecie przypomnieć jak to się robi, to granie, takie właśnie miałem wrażenie. Miałem 6 lat i wrażenie, że mogę zagrać co tylko zechcę. 

czerń

umysł czysty jak łza
gdzieś się podział
umysł z łzą na gigancie
echo w próżni
przez dłoń przesypuję piasek
przełykam żwir na tajemnym antrakcie
gołymi stopami ubijam żar
zwęglone wino życia popijam
przyjdzie jeszcze moment
na żniwach matki ziemi
czerń duszy już dojrzewa
uważaj, słuchy wszystkich są otwarte
nasłuchują echa w próżni
soczewką gonią czarną łzę
wróć do początku, wróć
gdzie czerń=biel
a atrybut zera nieznany
gdzie umysł czysty jak łza
koło jest kołem bez koła
czerń jest bielą bez bieli
biel jest czernią bez czerni





Przy oknie

Rembrandt-Student
Rembrandt – The Student

      Niespecjalnie się dziś spieszę, jeśli wcale. Nie wybieram się nigdzie też. Czas, jeśli by taki istniał z pewnością wydłużałby i rozciągał swą podróż przy mnie, wyraźnie go jednak zabrakło. Może i dobrze mi z nikim. Ten nikt o nic nie pyta, nikomu nie muszę też odpowiadać, bądź opowiadać. Usta me w ciągłym zamknięciu jakby trwają, i tylko to co im niezbędne chłoną.

2-sergei-rachmaninoff-granger
G.Chambers – Rachmaninov

 

kalendarz

Gdy zacznie się brumaire, będzie już po wszystkim. Znów nas uraczą swoją obecnością. Niby nowi, świeżutcy, tacy nieskazitelni. Wybrali ich ludzie, więc są ważni. Trzeba się z nimi będzie teraz liczyć, bo to oni teraz będą decydować. Fakt, że społeczeństwo jakie by nie było, dokonało wyboru już się nie liczy. Wyborów mają teraz dokonywać wybrańcy, patrzący przez własne sito. Zanim jednak tak się stanie, odziani w słowne szaty, w hasła które mają być wytrychem do świadomości, zapowiadają zmiany, jednoczą się, ściskają swoje dłonie, ściskają swe twarze by wszyscy się zmieścili w kadrze, bo może kogoś zabraknąć i co wtedy. Niestety, właśnie tym nieobecnym, będącym poza kadrem kamer i bukietem mikrofonów jest coś, czego nieświadomie wszyscy bardzo sobie życzymy. Ucieka nam, nieuchwytny stan, który scala całą resztę, którego nie sposób opisać słownikiem słów. Jest nieobecny, gdyż nikomu tak naprawdę nie zależy na jego obecności. Wynika to z obawy przed ilością zmian, nad trudem wykorzenienia z ludzkich umysłów tak wielu patologii, tak ogromnej ilości cierpienia, bez której nie można już będzie zbudować potencjału. Kiedyś, gdy będzie już za późno, nie będzie winnych, będzie tylko gniew.

kolejka wąskotorowa

pożegnania są trudne. jak pożegnać się z przedmiotem? próbuję tę zagadkę rozwikłać od kilku lat. mam taki jeden przedmiot, samochód. może nie jest to syllogomania, ale rozstanie z obiektem moich dziecięcych marzeń rodem z katalogów motoryzacyjnych nowości z lat 80-90 należy do patologii. jest w tym tyle emocji, że widzę jak wylewają się przez okna tego samochodu, jak gęsty klej. nie potrafię ich rozpoznać. [кино – электричка][кино – жизнь в стеклах витрин][кино – уходи]

brednie codzienności

wstałem. wypuściłem psa, żeby obudził szczekaniem sąsiadów po wczorajszym pożegnaniu wakacji (oczywiście, że to nie prawda). zalałem kawę. po chwili z głośników wydobył się głos van zandt’a [townes van zandt-waitin’ around to die], zacząłem się zastanawiać nad swoją polną drogą do śmierci. miałem mętlik po wczorajszym seansie o ucieleśnieniu króla paimona. przypomniało mi się, że kiedyś myślałem, że zostanę demonologiem. stan kiedy wydaje się, że się kimś zostanie. nie w rozumieniu powodzenia, czy kariery. kiedy byłem dzieciakiem, niezwykłe emocje fundowałem sobie przed snem, nakrywając się wyłącznie fragmentem/narożnikiem koca lub kołdry, ucieleśniając w sobie bezdomnego, i ta ogromna chęć przetrwania budząca się z bezradności kształtowanej empatią.. ta ostatnia prowadzi mnie przez większość życia.[scrapper blackwell-nobody wants you when youre down]

 

Pewnego razu na Wawrze

Mijałem pewnego razu dom jednorodzinny, w zasadzie wille na warszawskim Wawrze, powodem spaceru na który wybrałem się razem z Kozike. W zasadzie pora poobiednia, niedziela. Nie jestem zwolennikiem rodzinnych obiadów, czy spędzania świąt w gronie, bo świąt w ogóle nie obchodzę, generalnie nie świętuję. Nawet zwykły obiad z zaproszonymi, wiem jak będzie wyglądał i wiem jak się skończy. Tłuste pytania, przesłodzone odpowiedzi, nikomu tak naprawdę nie w smak, po co się na to skazywać, w imię tradycji, która może ślepo pewnego dnia zgnębić lub powiesić. A jednak poczułem zapach sytuacji, chłonąłem bezobecnie każdy zakamarek, jej esencję. Cząstki się idealizowały, nie znając prawdy, będąc w pułapce moich wyobrażeń rodem z włoskiej kuchni. Przez chwilę to poczułem, ten ideał. Ideał rozmów, ideał atmosfery, jedzenia, rodziny, wszystkiego, lecz i tak  finiszowała cała niewidzialna otoczka gdzieś na końcu języka..tfu..i znów czuję zapach sytuacji, chłonę bezobecnie każdy zakamarek, jej esencje. Cząstki się idealizują, nie znają prawdy, są w pułapce naszych wyobrażeń.