jestem melodią, basowym niskim dźwiękiem przeplatającym się z płaczącym jękiem gitary. dźwięk mnie ryje, jak rwąca woda potoków górskich przesuwa kamienie i piaski, gałęzie, liście. formą, naczyniem które wypełnia się falami. czyimś dawnym wspomnieniem, upojonym klaunem. ławkowiczem, czasem blokersem, ćpunem, pijakiem. nienasyconym wrażeń szczylem, gdzieś w środku. własnym ojcem, sam dla siebie. musztruje, pilnuje, zaganiam do pracy i pouczam. tylko dorosłym dzieckiem, uwikłanym w wiele historii i spraw bez zakończenia ani początku. lojalnym psem łaknącym ciepła i miłości, michy i miękkiego posłania. cierpliwością drążę diamentowe myśli, izotopem, pochodną człowieka. ekonomiczną wartością, towarem, sprzedaję swój czas za saldo do dziesiątego. łzami modlących się o pokój i łuską o niego walczących. gubiącym w zagrożeniu trop do swej nory z małymi zającem. wpadam w oko kochliwym, zazdrosnym drzazgą. umarłym rycerzem, żyjącym giermkiem. deszczowym słońcem w październiku gradem w maju, pierwszym trzmielem, nocnym śpiewem kosa.
Płynie rzeka przez noc myśli Poczuj podmuch wiatrów Pieszczą twą twarz, kołyszą włosy Stopy zanurzone w zimnych kamieniach Opłakują we wsi babki dziadów Poprzewracane chochoły
Łuki triumfalne topią się w słońcu Kolejny dzien bliżej końca Z zatęchłych dywanów unosi się kurz Osiada na skórze i wchłania Dużo wody, dużo wszystkiego I odrobinę kurzu To wszystko się miesza w mojej taksówce
Posypie głowę popiołem, bo wierzę, że zgrzeszyłem, by wybrać przecież tylko jeden dzień niezmogłem wcale i za wzór jego uczynić mą mogiłę z jesiennych liści i wciąż jeszcze leżących zgniłych jabłek. Na stoku bawią sie dziatki, nikt tak już nie mówi, nikogo to nie obchodzi..
zadziwiające jak drobne szczegóły mogą zakrzywiać obraz.
przedmioty natury nurkujące w głębinach czasu,
przemierzają drogę murszejąc i kwitnąc.
z pozoru najlepiej znoszące próbę czasu kamienie,
pokryte antycznymi warstwami
skrystalizowanego kurzu i dawnych historii
kryjących się w świecie niedostępnym wiatrom,
wyłażą na polach
by ogrzać się w blasku gwiazd.
zawiłymi ścieżkami drepczą istoty,
między zgrzybiałymi pniami,
najeżonymi mchami,
kątami rozwartymi i ostrymi
połamanych łodyg,
kwitnących i sterczących na baczność w porze letniej.
szły.. idą, - maszerować będą,
choćby nie do zniesienia było towarzystwo otoczenia.
cierpliwie im kapie z gałęzi przemoczony śnieg,
klepsydra pór roku.
w szeroko otwartych ślipiach
odbija się doświadczenie poprzednich pokoleń.
powietrze przepełnione informacjami,
feromonami, zapachami, niesie je wiatr,
rozpręża i ściska, kondensuje i wygasza.
nic co wydaje się im sprzyjać nie potrzebuje splendoru,
losowe drużby i przyrzeczone na wieki wrogie obcych im światy.
przetrwają próbę czasu, a ty?
naprężone baldachimy moich policzonych dni przecieram z kurzu odkrywając chłonną zieleń naświetlaną atomami przez wizjery dla gigantów na ścianach gdzieniegdzie kwitnąca czerń odpychająca i zamknięta osłonięta pajęczą tkaniną z szarych nici
Okna co metr Wieczorami szachownica Świetlne origami Kwadratowe szafki Prostokątne łóżka Okrągłe talerze Układają nam wzory W głowach tworzą byty Tam gdzie nowoczesność Ułatwiona i prosta Myśli kwadratowe Marzenia prostokątne Wizje okrągłe
odziani w przeszłość, zapominamy zapominamy o wszystkim zapominamy o wrażeniu przekształcamy w miłe złe doświadczenia złe chwile stają się warte wspomnień uczą nas więcej, uczą nas życia dobre zapominamy szybko odziani w przeszłość na dłoniach ledwo pył poprzednich chwil zapominamy tak łatwo gonimy by pielęgnować traumy tak wiele o nas mówią oczy doświadczone, smutne zmęczone, szalone zwierciadło minionego portal zapomnianego
Ktoś wychodził na ulicę, coś krzyczał, coś krzyczały, nie wiele zapamiętali, pod stromą górkę ciągną działa, na przeciwko zamykają księgarnie, puste witryny puste kawiarnie, puste ulicę
Nie spałem dzisiejszej nocy, błąkałem myślami ciszę. Myliłem ją o cytaty buddyjskich mistrzów, pewny swego. Gdy jednak wczesnym rankiem obudził mnie leśny ptak, znałem wszystkie odpowiedzi.