Pewnego razu na Wawrze

Mijałem pewnego razu dom jednorodzinny, w zasadzie wille na warszawskim Wawrze, powodem spaceru na który wybrałem się razem z Kozike. W zasadzie pora poobiednia, niedziela. Nie jestem zwolennikiem rodzinnych obiadów, czy spędzania świąt w gronie, bo świąt w ogóle nie obchodzę, generalnie nie świętuję. Nawet zwykły obiad z zaproszonymi, wiem jak będzie wyglądał i wiem jak się skończy. Tłuste pytania, przesłodzone odpowiedzi, nikomu tak naprawdę nie w smak, po co się na to skazywać, w imię tradycji, która może ślepo pewnego dnia zgnębić lub powiesić. A jednak poczułem zapach sytuacji, chłonąłem bezobecnie każdy zakamarek, jej esencję. Cząstki się idealizowały, nie znając prawdy, będąc w pułapce moich wyobrażeń rodem z włoskiej kuchni. Przez chwilę to poczułem, ten ideał. Ideał rozmów, ideał atmosfery, jedzenia, rodziny, wszystkiego, lecz i tak  finiszowała cała niewidzialna otoczka gdzieś na końcu języka..tfu..i znów czuję zapach sytuacji, chłonę bezobecnie każdy zakamarek, jej esencje. Cząstki się idealizują, nie znają prawdy, są w pułapce naszych wyobrażeń.

 

Retrospekcja

Pierwszą rzeczą jaką pamiętam, a przynajmniej tak mi się wydaje jest pościg za zającem. Razem z dziadkiem na jego motorowerze, który nie osiągał zawrotnych prędkości, podjęliśmy próbę pościgu za zającem, który zerwał się z pola ziemniaków. Po lewej pole ziemniaków, po prawej młoda kukurydza. Siedziałem na zbiorniku, pył spod naszych kół rozprzestrzeniał się za nami momentalnie w gęstą pylistą mgłę. Zapach nafty, ryk silnika.. czuję to nawet teraz. Oczywiście zając dał nura w kukurydzę i całe szczęście..