Pewnego razu na Wawrze

Mijałem pewnego razu dom jednorodzinny, w zasadzie wille na warszawskim Wawrze, powodem spaceru na który wybrałem się razem z Kozike. W zasadzie pora poobiednia, niedziela. Nie jestem zwolennikiem rodzinnych obiadów, czy spędzania świąt w gronie, bo świąt w ogóle nie obchodzę, generalnie nie świętuję. Nawet zwykły obiad z zaproszonymi, wiem jak będzie wyglądał i wiem jak się skończy. Tłuste pytania, przesłodzone odpowiedzi, nikomu tak naprawdę nie w smak, po co się na to skazywać, w imię tradycji, która może ślepo pewnego dnia zgnębić lub powiesić. A jednak poczułem zapach sytuacji, chłonąłem bezobecnie każdy zakamarek, jej esencję. Cząstki się idealizowały, nie znając prawdy, będąc w pułapce moich wyobrażeń rodem z włoskiej kuchni. Przez chwilę to poczułem, ten ideał. Ideał rozmów, ideał atmosfery, jedzenia, rodziny, wszystkiego, lecz i tak  finiszowała cała niewidzialna otoczka gdzieś na końcu języka..tfu..i znów czuję zapach sytuacji, chłonę bezobecnie każdy zakamarek, jej esencje. Cząstki się idealizują, nie znają prawdy, są w pułapce naszych wyobrażeń.

 

Dodaj komentarz