retrospekcja

Wychodziłem z łóżka wcześnie rano, by nikogo nie obudzić. Na palcach przemykałem po skrzypiącym skrawku podłogi. Dziadek już był zebrany, na głowie kaszkiet, w butonierce kieliszek z ciastem na ryby, lubił łowić. Bywało też tak, że dziadek po mnie zachodził, żebym pospał chwilę dłużej, ale zawsze czułem złość, że nie mogę wypełnić mojego obowiązku, który w pełni akceptowałem jak z resztą inne. Zaczynaliśmy od początku wsi, od cioci Zoi. Jej dom mieścił się na wzniesieniu, droga lekko nachylała się do słońca. Gospodarstwo dość duże, dom w rozkładzie wzdłuż długiego i szerokiego korytarza, okna na południe, firany rozwiewane przez przeciągi. Zoja miała kilka krów, zawsze wychodziły jako pierwsze, przywilej przypadkowy. Do końca wsi zbierało się około 50 krów. Szły witając się ze sobą, machały ogonami, uszami, oblizywały się, szturchały i przepychały. Uwielbiałem polanę, od północy i zachodu las, za lasem rzeka i choć w najgorętsze dni dziadek odsyłał mnie do domu około południa, abym nie doznał udaru, sam też wracał, aby napić się kompotu. Wracałem bez drzemki. Spokojne krowy stały cierpliwie.

nie życzę sobie

wylewa się żółć rzeczywistości,
niezwykły wyciek.
dziurawa powłoka ochronna,
poziom zanieczyszczeń 1000%
szprychy w rowerze topią się,
a ja jeszcze nie ruszyłem.
dłonie parcieją od wilgoci,
twarz wysusza od wiatru.
i są tacy którzy nic sobie z tego nie robią.
nie ponoszą kosztów,
bezpłatna katastrofa.
nie życzę sobie mieć was w około mnie.
nie życzę sobie aby wasze dzieci później rządziły światem.
nikomu nie życzę, a na końcu sobie.

izotop

Nie powiem, już,
jeśli stwierdzę,
że jesteśmy coraz bardziej niekompletni,
niekompatybilni.
Nie zawsze jakość idzie w parze.
Coraz bardziej kompaktowi.
Porusza mnie nasza odtwarzalność,
a właściwie jej powtarzalność.
Uwikłani w pochodną nas samych.
Zapatrzeni w atomową rzeczywistość.
Projektujemy na rzeczywistość tym czym jesteśmy.

Nie przywyknę do tego, by móc przestać łkać,
by móc zaciągnąć haust smogu zamiast czystego powietrza.
Nie przywyknę do ludzi, którzy ciągle mówią, że im nie zależy,
na niczym lub wcale na sobie tylko.
Nie przywyknę do ludzkiej obojętności.
Nie mogę doczekać się ich pożegnania,
Nie przywyknę do mijania wychodzących ludzi z sklepów mięsnych,
Nie przywyknę do mówienia ‚nie zaglądaj mi w talerz’.

trędowata

Chcę zabronić, nie mogę.
Nie mogę złożyć wniosku, nie ma takiego wniosku.
Wniosek ten leży w pokoju numer 4,
na drugim piętrze budynku który jeszcze nie powstał.
Powstanie, kiedyś na pewno.
Ryczę w duszy,
my tu tylko tworzymy procedury i zasady,
że w ogóle musiałbym złożyć podanie o coś takiego.
Nie wystarczy, że powiem nie, że nie można.
Bo niby kim ja jestem by zabronić, by zabraniać.
Dziś mogę wyrazić tylko sprzeciw,
jak płatek kurzu w zębatych kołach.
Co ja sobie myślałem.
Pan mietek obiecał, z ręką na sercu,
że zarżnie me psy, jak się będę wpierdalał.
W mej głowie dynda na wierzbie
w słonecznym zimowym siarczystym mrozie.
Czy żeby nikt nie zabijał trzeba zabić wszystkich,
czy tylko tych co zabijają?
Moralność ludzka topi się w głupoty szambie,
wszyscy to widzą,
mało kto rozumie,
przyjmijmy, że nikt nic nie robi,
bo co po milionach płatków kurzu.
Prawda sama się nie obroni,
gdy kłamcy obcinają jej kończyny.
Jak trędowata, idzie pośród tłumu,
wszyscy wytykają ją palcami,
patrz to ma być prawda?
Miała być piękna wzniosła, miała nas unieść..