retrospekcja

Wychodziłem z łóżka wcześnie rano, by nikogo nie obudzić. Na palcach przemykałem po skrzypiącym skrawku podłogi. Dziadek już był zebrany, na głowie kaszkiet, w butonierce kieliszek z ciastem na ryby, lubił łowić. Bywało też tak, że dziadek po mnie zachodził, żebym pospał chwilę dłużej, ale zawsze czułem złość, że nie mogę wypełnić mojego obowiązku, który w pełni akceptowałem jak z resztą inne. Zaczynaliśmy od początku wsi, od cioci Zoi. Jej dom mieścił się na wzniesieniu, droga lekko nachylała się do słońca. Gospodarstwo dość duże, dom w rozkładzie wzdłuż długiego i szerokiego korytarza, okna na południe, firany rozwiewane przez przeciągi. Zoja miała kilka krów, zawsze wychodziły jako pierwsze, przywilej przypadkowy. Do końca wsi zbierało się około 50 krów. Szły witając się ze sobą, machały ogonami, uszami, oblizywały się, szturchały i przepychały. Uwielbiałem polanę, od północy i zachodu las, za lasem rzeka i choć w najgorętsze dni dziadek odsyłał mnie do domu około południa, abym nie doznał udaru, sam też wracał, aby napić się kompotu. Wracałem bez drzemki. Spokojne krowy stały cierpliwie.

Dodaj komentarz