Różne bywają spacery, bywają długie, krótkie
W upalny dzień i poranny ziąb
Planujemy, czym bardziej sponiewiera ciało, a niech
Uczymy się cierpliwie znosić kąsające komary
I gdy mędne gzy w około krążą, my idziemy
Tłuste szerszenie wściekłe skąpane w słońcu
Mimo to idziemy, weseli, radośni, chwilami ze łzami
Tam się potykamy, tu zjemy kanapkę
Dla ochłody pijemy, nogi w strumyku pluskamy
Patrzymy na wiatr muskający liście, lecz go nie widzimy
Jedynie migoczące listki w tandemie
Słuchamy ptaków śpiew piękny, lecz go nie rozumiemy
Jedynie piskliwe nawoływania,
Mówimy tysiące słów, lecz one nic nie znaczą
Jedynie puste słowa,
I tak wciąż i wciąż..
A powroty z kolei..
Rzewne powroty bywają, spłakane i głodne
Pełne wyrzutów i nieufności, zmęczenia,
Znużenia i niespełnienia
Niedokończonych tematów i spraw
Niby to powrót, ale nie nasz
Tylko odprowadzamy do drzwi i wracamy
I zazwyczaj jest wtedy ulewa, marznący deszcz
Lub zamieć śnieżna
A nawet płatki śniegu niektórzy potrafią zamienić w złoto
Gdy inni tylko w czarny szlam i gorszą breję
I tak wciąż i wciąż..
