Gdy zacznie się brumaire, będzie już po wszystkim. Znów nas uraczą swoją obecnością. Niby nowi, świeżutcy, tacy nieskazitelni. Wybrali ich ludzie, więc są ważni. Trzeba się z nimi będzie teraz liczyć, bo to oni teraz będą decydować. Fakt, że społeczeństwo jakie by nie było, dokonało wyboru już się nie liczy. Wyborów mają teraz dokonywać wybrańcy, patrzący przez własne sito. Zanim jednak tak się stanie, odziani w słowne szaty, w hasła które mają być wytrychem do świadomości, zapowiadają zmiany, jednoczą się, ściskają swoje dłonie, ściskają swe twarze by wszyscy się zmieścili w kadrze, bo może kogoś zabraknąć i co wtedy. Niestety, właśnie tym nieobecnym, będącym poza kadrem kamer i bukietem mikrofonów jest coś, czego nieświadomie wszyscy bardzo sobie życzymy. Ucieka nam, nieuchwytny stan, który scala całą resztę, którego nie sposób opisać słownikiem słów. Jest nieobecny, gdyż nikomu tak naprawdę nie zależy na jego obecności. Wynika to z obawy przed ilością zmian, nad trudem wykorzenienia z ludzkich umysłów tak wielu patologii, tak ogromnej ilości cierpienia, bez której nie można już będzie zbudować potencjału. Kiedyś, gdy będzie już za późno, nie będzie winnych, będzie tylko gniew.
Kategoria: analiza
Ruchomy obraz własnej śmierci

Mógłaby być obrazem mojej śmierci, przyzwyczaiłem się do jej wizji. Widziałem ją tysiące razy w „dziecięcych fantazjach”. W pełni zorganizowany akt, służący nie wiadomo czemu, niosący lekki niedosyt przyjemności. Reżyserowanie fantazji o odejściu, kadr po kadrze do ideału, najczęściej przed snem. Bohaterskie czyny, zwieńczone śmiercią obrońcy w ramionach kobiety. To jak w drażniącym i gęstym, kłębiącym się wokół twarzy, wdzierającym się z bólem i rozpaczą do oczu dymie moment, tuż po pociągnięciu za spust, w niewiedzy, że wycelowało się w siebie samego.
Tak właśnie jest z Sheltering Sky – King Crimson, wycelowane w miejsce, które opisałbym autoportretem Egona Schiele „Śmierć i dziewczyna”, choć śmierć na obrazie symbolizuje koniec pewnego etapu w jego życiu, a w naszym przypadku to ma być koniec wszystkiego, dlatego to trwa tylko do trzeciej minuty i dziesiątej sekundy, po czym przemienia się w scenę z filmu The Sheltering Sky Bernarda Bertoluccego [1:33:42], w której Port powolnie umiera w ramionach Kit.
Czerwień zachodzącego słońca, rozświetlająca z pewnością bladą twarz Portera, i jej ubłaganie go w parze z sustainem gitary Frippa. W sinoniebieskim półmroku ona usiłuje odnaleźć pomoc, czego zdaje się już nie ma w książce Paula Bowlesa. Następuje cichy poranek, dotykiem zamyka jego oczy.
