Ruchomy obraz własnej śmierci

5513578

Mógłaby być obrazem mojej śmierci, przyzwyczaiłem się do jej wizji. Widziałem ją tysiące razy w „dziecięcych fantazjach”. W pełni zorganizowany akt, służący nie wiadomo czemu, niosący lekki niedosyt przyjemności. Reżyserowanie fantazji o odejściu, kadr po kadrze do ideału, najczęściej przed snem. Bohaterskie czyny, zwieńczone śmiercią obrońcy w ramionach kobiety. To jak w drażniącym i gęstym, kłębiącym się wokół twarzy, wdzierającym się z bólem i rozpaczą do oczu dymie moment, tuż po pociągnięciu za spust, w niewiedzy, że wycelowało się w siebie samego.

Tak właśnie jest z Sheltering Sky – King Crimson, wycelowane  w miejsce, które opisałbym autoportretem  Egona Schiele „Śmierć i dziewczyna”, choć śmierć na obrazie symbolizuje koniec pewnego etapu w jego życiu, a w naszym przypadku to ma być koniec wszystkiego, dlatego to trwa tylko do trzeciej minuty i dziesiątej sekundy, po czym przemienia się w scenę z filmu The Sheltering Sky Bernarda Bertoluccego [1:33:42], w której Port powolnie umiera w ramionach Kit.

Czerwień zachodzącego słońca, rozświetlająca z pewnością bladą twarz Portera, i jej ubłaganie go w parze z sustainem gitary Frippa. W sinoniebieskim półmroku ona usiłuje odnaleźć pomoc, czego zdaje się już nie ma w książce Paula Bowlesa. Następuje cichy poranek, dotykiem zamyka jego oczy.

 

Dodaj komentarz