Okolicę otaczał gęsty las od północy, oddzielony polami kukurydzy. Domy ustawione suwakiem wzdłuż równoległej do lasu ulicy. Nie miała nazwy, bo i po co komu nazwa ulicy. Całość położona na wzniesieniu. Od południa był około 100 metrowy zjazd z resztek asfaltu i płyt betonowych o dość dużym kącie nachylenia, na oko ok 15 stopni, może więcej. Na ponad kilometrowej ulicy, 25 gospodarstw, kilka opuszczonych, klub kulturalny w którym tapety w zdobione ornamenty odklejały się odkrywając w zamian gołe ściany z desek i żółty klej do tapet, pełno było śmieci, ostatni koncert zagrany tak dawno, że membrany w głośnikach powyjadały myszy. Państwowy kompleks gospodarczy, duży zbiornik retencyjny służący głownie za łowisko ryb, sklep na końcu ulicy od zachodniej strony z pysznym chlebem żytnim z blachy.
Z daleka słychać było szum pomp z naszej i sąsiednich wież ciśnień . Ich echo roznosiło się po całej okolicy rezonując . W zasadzie było całkiem głośno, biorąc pod uwagę porę. Po 20 w tej okolicy nie można było spotkać kogokolwiek. Przy dość silnym wietrze, a taki właśnie był, blaszane rynny pogwizdywały przez rdzę na każdym winklu. Wieczorem raz w tygodniu korzystaliśmy z bani sąsiada, całą rodziną, czasem nawet razem z rodziną sąsiada, żeby nie rozgrzewać dwa razy. Bania była stara, podzielona na dwa pomieszczenia, wiatrołap i szatnie w jednym, no i sauna. Sufit osmolony, powietrze gorące i ciężkie, nasiąknięte olejkami z brzozy i dymu palonego drzewa. Na prowizorycznych półeczkach leżały splecione witki właśnie brzozy do chłostania ciała po namoczeniu w wodzie, do wyboru, zimna jak lód, lub prawie wrzątek. Po takim wiejskim spa można było odnaleźć siłę na dalsze działanie, ale najpierw sen.
Stałem owinięty długim ręcznikiem od ramion aż po łydki. Czekałem na resztę rodziny, która miała wyjść z bani. Przez cały zgiełk na zewnątrz ledwo przebijała się rozmowa z wewnątrz. W ciemnościach, które próbowała rozświetlić pomarańczowym światłem żarówka, widać było jak para wydostaje się szczelinami między balikami. Z pobliskiej państowej obory głośno nawoływały krowy. Budziło to we mnie poczucie grozy, uczucie czegoś czego z pewnością nie uniknę, konieczności obcowania zawsze z czymś czego w ogole nie rozumiem. Podziwiałem dorosłych za umiejętność nierozpraszania się przez niewidoczne szczegóły, niezdając sobie sprawę, że to mój świat jest jeszcze pełny fantazji, pełny magii i nieskończonej wyobraźni.
