umysł czysty jak łza
gdzieś się podział
umysł z łzą na gigancie
echo w próżni
przez dłoń przesypuję piasek
przełykam żwir na tajemnym antrakcie
gołymi stopami ubijam żar
zwęglone wino życia popijam
przyjdzie jeszcze moment
na żniwach matki ziemi
czerń duszy już dojrzewa
uważaj, słuchy wszystkich są otwarte
nasłuchują echa w próżni
soczewką gonią czarną łzę
wróć do początku, wróć
gdzie czerń=biel
a atrybut zera nieznany
gdzie umysł czysty jak łza
koło jest kołem bez koła
czerń jest bielą bez bieli
biel jest czernią bez czerni
Tag: poetry
o poranku
Nie budź mnie o poranku, gdy zamiast śpiewu ptaków
Morderców salwy jesienne z ambon zamiast kajania
Nie budź mnie o poranku, mógłbym zasiać wdów dziesiątki
Nie zbudź mnie o poranku srogi,
bym ze wsi kobiecego zakonu nie uczynił
bym w polu na pale nie nabijał
niczym się od niech różnić wtedy nie będę
więcej wzrok mój moim nie będzie
Nie budź mnie o poranku, niech w zimnie tonie woń dzikiej zwierzyny,
Niech zimno koi ból ich bez łez mych zbędnych
Nie budź mnie o poranku, choćbym niespokojnym snem wierzgał
Nie zbudź mnie o poranku zimny
gdy będziesz zabierał z lasu co twoje
gdy będziesz dziurawił bębenki
zagłuszyć skowyt chcąc swych miłych
i głuchym na wołanie zostać
Nie budź mnie o poranku, chciałbym to wyśnić wreszcie
Tych między kopytami trawy źdźbeł zapach
Nie budź mnie o poranku, bez ich sine cura
drzewa żyją
dopiero po zrzuceniu liści,
odpoczywają.
przestrzenią gniewu
pojemnością żalu
objętością bólu
powierzchnią cierpienia
płaszczyzną złości
brutalną wielowymiarowością
Nie przywyknę do tego, by móc przestać łkać,
by móc zaciągnąć haust smogu zamiast czystego powietrza.
Nie przywyknę do ludzi, którzy ciągle mówią, że im nie zależy,
na niczym lub wcale na sobie tylko.
Nie przywyknę do ludzkiej obojętności.
Nie mogę doczekać się ich pożegnania,
Nie przywyknę do mijania wychodzących ludzi z sklepów mięsnych,
Nie przywyknę do mówienia ‚nie zaglądaj mi w talerz’.
trędowata
Chcę zabronić, nie mogę.
Nie mogę złożyć wniosku, nie ma takiego wniosku.
Wniosek ten leży w pokoju numer 4,
na drugim piętrze budynku który jeszcze nie powstał.
Powstanie, kiedyś na pewno.
Ryczę w duszy,
my tu tylko tworzymy procedury i zasady,
że w ogóle musiałbym złożyć podanie o coś takiego.
Nie wystarczy, że powiem nie, że nie można.
Bo niby kim ja jestem by zabronić, by zabraniać.
Dziś mogę wyrazić tylko sprzeciw,
jak płatek kurzu w zębatych kołach.
Co ja sobie myślałem.
Pan mietek obiecał, z ręką na sercu,
że zarżnie me psy, jak się będę wpierdalał.
W mej głowie dynda na wierzbie
w słonecznym zimowym siarczystym mrozie.
Czy żeby nikt nie zabijał trzeba zabić wszystkich,
czy tylko tych co zabijają?
Moralność ludzka topi się w głupoty szambie,
wszyscy to widzą,
mało kto rozumie,
przyjmijmy, że nikt nic nie robi,
bo co po milionach płatków kurzu.
Prawda sama się nie obroni,
gdy kłamcy obcinają jej kończyny.
Jak trędowata, idzie pośród tłumu,
wszyscy wytykają ją palcami,
patrz to ma być prawda?
Miała być piękna wzniosła, miała nas unieść..
biel
patrzyłem na falę, patrzyłem jak rośnie..
skołtuniona biel, charyzmatyczna jak dopadający smutek.
liczyłem na więcej, chociaż na chaos.
liczyłem na trzask pękających ścian,
na rozsypanie popiołów naszego życia
zebranych w podobne do siebie naczynia.
