o spacerach

Różne bywają spacery, bywają długie, krótkie
W upalny dzień i poranny ziąb
Planujemy, czym bardziej sponiewiera ciało, a niech
Uczymy się cierpliwie znosić kąsające komary
I gdy mędne gzy w około krążą, my idziemy
Tłuste szerszenie wściekłe skąpane w słońcu
Mimo to idziemy, weseli, radośni, chwilami ze łzami
Tam się potykamy, tu zjemy kanapkę
Dla ochłody pijemy, nogi w strumyku pluskamy
Patrzymy na wiatr muskający liście, lecz go nie widzimy
Jedynie migoczące listki w tandemie
Słuchamy ptaków śpiew piękny, lecz go nie rozumiemy
Jedynie piskliwe nawoływania,
Mówimy tysiące słów, lecz one nic nie znaczą
Jedynie puste słowa,
I tak wciąż i wciąż..
A powroty z kolei..
Rzewne powroty bywają, spłakane i głodne
Pełne wyrzutów i nieufności, zmęczenia,
Znużenia i niespełnienia
Niedokończonych tematów i spraw
Niby to powrót, ale nie nasz
Tylko odprowadzamy do drzwi i wracamy
I zazwyczaj jest wtedy ulewa, marznący deszcz
Lub zamieć śnieżna
A nawet płatki śniegu niektórzy potrafią zamienić w złoto
Gdy inni tylko w czarny szlam i gorszą breję
I tak wciąż i wciąż..

czerń

umysł czysty jak łza
gdzieś się podział
umysł z łzą na gigancie
echo w próżni
przez dłoń przesypuję piasek
przełykam żwir na tajemnym antrakcie
gołymi stopami ubijam żar
zwęglone wino życia popijam
przyjdzie jeszcze moment
na żniwach matki ziemi
czerń duszy już dojrzewa
uważaj, słuchy wszystkich są otwarte
nasłuchują echa w próżni
soczewką gonią czarną łzę
wróć do początku, wróć
gdzie czerń=biel
a atrybut zera nieznany
gdzie umysł czysty jak łza
koło jest kołem bez koła
czerń jest bielą bez bieli
biel jest czernią bez czerni





o poranku

Nie budź mnie o poranku, gdy zamiast śpiewu ptaków
Morderców salwy jesienne z ambon zamiast kajania
Nie budź mnie o poranku, mógłbym zasiać wdów dziesiątki

Nie zbudź mnie o poranku srogi,
bym ze wsi kobiecego zakonu nie uczynił
bym w polu na pale nie nabijał
niczym się od niech różnić wtedy nie będę
więcej wzrok mój moim nie będzie

Nie budź mnie o poranku, niech w zimnie tonie woń dzikiej zwierzyny,
Niech zimno koi ból ich bez łez mych zbędnych
Nie budź mnie o poranku, choćbym niespokojnym snem wierzgał

Nie zbudź mnie o poranku zimny
gdy będziesz zabierał z lasu co twoje
gdy będziesz dziurawił bębenki
zagłuszyć skowyt chcąc swych miłych
i głuchym na wołanie zostać

Nie budź mnie o poranku, chciałbym to wyśnić wreszcie
Tych między kopytami trawy źdźbeł zapach
Nie budź mnie o poranku, bez ich sine cura

nie życzę sobie

wylewa się żółć rzeczywistości,
niezwykły wyciek.
dziurawa powłoka ochronna,
poziom zanieczyszczeń 1000%
szprychy w rowerze topią się,
a ja jeszcze nie ruszyłem.
dłonie parcieją od wilgoci,
twarz wysusza od wiatru.
i są tacy którzy nic sobie z tego nie robią.
nie ponoszą kosztów,
bezpłatna katastrofa.
nie życzę sobie mieć was w około mnie.
nie życzę sobie aby wasze dzieci później rządziły światem.
nikomu nie życzę, a na końcu sobie.

izotop

Nie powiem, już,
jeśli stwierdzę,
że jesteśmy coraz bardziej niekompletni,
niekompatybilni.
Nie zawsze jakość idzie w parze.
Coraz bardziej kompaktowi.
Porusza mnie nasza odtwarzalność,
a właściwie jej powtarzalność.
Uwikłani w pochodną nas samych.
Zapatrzeni w atomową rzeczywistość.
Projektujemy na rzeczywistość tym czym jesteśmy.

Nie przywyknę do tego, by móc przestać łkać,
by móc zaciągnąć haust smogu zamiast czystego powietrza.
Nie przywyknę do ludzi, którzy ciągle mówią, że im nie zależy,
na niczym lub wcale na sobie tylko.
Nie przywyknę do ludzkiej obojętności.
Nie mogę doczekać się ich pożegnania,
Nie przywyknę do mijania wychodzących ludzi z sklepów mięsnych,
Nie przywyknę do mówienia ‚nie zaglądaj mi w talerz’.

trędowata

Chcę zabronić, nie mogę.
Nie mogę złożyć wniosku, nie ma takiego wniosku.
Wniosek ten leży w pokoju numer 4,
na drugim piętrze budynku który jeszcze nie powstał.
Powstanie, kiedyś na pewno.
Ryczę w duszy,
my tu tylko tworzymy procedury i zasady,
że w ogóle musiałbym złożyć podanie o coś takiego.
Nie wystarczy, że powiem nie, że nie można.
Bo niby kim ja jestem by zabronić, by zabraniać.
Dziś mogę wyrazić tylko sprzeciw,
jak płatek kurzu w zębatych kołach.
Co ja sobie myślałem.
Pan mietek obiecał, z ręką na sercu,
że zarżnie me psy, jak się będę wpierdalał.
W mej głowie dynda na wierzbie
w słonecznym zimowym siarczystym mrozie.
Czy żeby nikt nie zabijał trzeba zabić wszystkich,
czy tylko tych co zabijają?
Moralność ludzka topi się w głupoty szambie,
wszyscy to widzą,
mało kto rozumie,
przyjmijmy, że nikt nic nie robi,
bo co po milionach płatków kurzu.
Prawda sama się nie obroni,
gdy kłamcy obcinają jej kończyny.
Jak trędowata, idzie pośród tłumu,
wszyscy wytykają ją palcami,
patrz to ma być prawda?
Miała być piękna wzniosła, miała nas unieść..

error

mówi do was szarość
mówi do was nic
widziałem, że słuchacie
później mówicie, że to był bóg
patrzy na was światło
patrzy na was zwierze
widziałem, że czujecie wzrok
później mówicie,że to był bóg
dotyka was wiatr
dotyka was cierpienie i ból
widziałem, że czujecie
później mówicie, że to był bóg