lecą żurawie,
lecą żurawie,
nie ma już domu
lecą żurawie,
lecą żurawie,
nie ma już domu
Niesforne myśli i nieład.
Z wypiekami na polikach, od łez nabrzmiałe powieki.
Zbyt wiele praw rościsz sobie smutku.
Jeszcze nie zdążyły dojrzeć okruchy chleba na słońcu.
Rower wciąż stygnie po porannej przejażdżce.
Niedojrzałe śliwki w jabłeczniku, zamiast rajskich jabłek.
Kto jest tym, który tutaj ocenia i nadaje barwę światłu.
Kim jest reżyser tego dziwnego spektaklu.
Pniem ściętego dębu jestem.
Mrówki zbiegają się w poszukiwaniu, są moimi myślami.
Głęboko zakorzeniony jestem w tej ziemi.
Mój brakujący element, którego jestem wciąż świadom jest niewidzialny.
pluszowe zabawki są już schowane,
choć ciężko je już odróżnić od przedmiotów,
są jak codziennego użytku.
pod przykrywką wielokrotności wyboru, kryje się pustka,
wypełniona zatęchłym i ciężkim gazem.
poproszę szary sky, nie mam wymagań,
może padać, mrozić.
nie mogę być zły na naturę ani nic od niej żądać.
to jest naturalne, że w nią nie ingeruje, staram się jak mogę.
szary jest kolorem dobrym, odpowiednim.
jest trochę czarnego, z którym sympatyzuję i biały,
za którym przepadam z konieczności, niewyjaśnionej.
odkąd widzę więcej, jak przez czarne okulary w „They Live”,
jestem gotów być jak John Nada.
Zagadka wydaje się nieskomplikowana,
po chwili zmienia swój stan skupienia w imperatyw.
nie ma nic ponad dobro.
Słucham Twojego śpiewu siedząc w fotelu.
Owinięty szlafrokiem,
Na stopach schodzone kapcie.
Nie jestem tak sprawny jak kiedyś ,
To było tak wiele myśli temu.
Struny wybrzmiewają już wiecznie.
Serce drży w barwę głosu.
Pewnego razu był sobie śpiewający kos.
Poję się wodą, upijam Słońcem.
Biegnę w podskokach.
Nie zważam na nic, mknę.
Leśna dróżka, wydeptana przez niejedno zwierzę,
Wije się między drzewami a kłębami mchu.
Zieleń przestrzeni mnie uspokaja.
Zapach, jest świeży i pełny natury, rześki,
Upajające powietrze, aż chce się wdychać nieskończenie.
Nie jestem tutaj gościem, jestem jednym z nich.
Nauczyłem się widzieć woń,
Jak z tlącego się kadzidła, czuję ich obecność.
Nic mi nie grozi, one też mnie nie unikają.
Zbieram po drodze to co mogę, to co mi daje świat.
Jestem jego częścią.
Krajobraz się rozciąga,
Horyzont widnieje i powoli oddala – polana.
Na niebie ptaki przecinają błękit.
Skrzeczą i pogwizdują.
Wiatr muska policzki i usta, wdziera się do nosa.
Jest ciepły, czuć słodycz.
półmrok dogasł. w niezliczonych odbiciach cząstek światła widnieją kolory przedmiotów i rzeczy natury. niby jedynie oczami wyobraźni można zobaczyć strukturę wszystkiego. atom po atomie, cząstka po cząstce. oddane w tańcu nieskończoności, sobie nawzajem. gdyby móc wrócić na jakiś czas do świata światła i ciemności, do świata rytmu Słońca i Księżyca, do relacji różnych materii i energii. zostałbym tam.
Czy potrafimy powiedzieć coś sami z siebie, nie cytując nikogo, nie polegając na czyjejś wiedzy? Czy jesteśmy zdolni do czegoś sami z siebie? Czy mamy w sobie coś z siebie jeszcze, czy to już tylko reprodukcja? Czy w tej gonitwie jest jeszcze odliczany czas?
Jeszcze nie współczesność, a już po-enta-teraźniejszość.
Ubierając w płaszcz metafory otaczającą nas rzeczywistość,
Jeszcze nie ja-absolutny, a już post-ja.
Mentalność została gdzieś daleko z tyłu, i nie chce przejść dalej,
Lub nie pozwalamy jej, bo nie chcemy my.
Po co skoro chlupiemy się w hedonistycznej kąpieli.
Wiemy, że się mordujemy, zabijamy, gwałcimy.. i nadal to robimy.
Mentalność jako przecinająca nas wszystkich płaszczyzna
Pusta w swoim początku napełnia się złem.
Na myśl o świecie idealnym, ludziom robi się niedobrze.
Idea, że nic złego się nie dzieje, przeraża.
Argumentem przeciw, jest że to robimy od zawsze,
Jeśli wtedy się nie zmieniło, to czemu akurat teraz, czemu ja.
Jakiś wstyd przed byciem dobrym, dążącym do ideału,
Ludzie się boją i wstydzą, wykluczenia, bycia poza. Komplex.
Negacja postępu, negacja rozwoju, negacja ewolucji,
Lecz nie w ujęciu technologicznym.
Czemu mielibyśmy stać się utopijnym społeczeństwem?
Czemu miałbym, skoro to Ona – teraźniejszość.
Właśnie Ona mi daje przyjemności,
Po co mam stać się lepszą istotą.
Stworzyliśmy sobie iluzję, że się zmieniliśmy,
Wszyscy naraz, wraz z technologią i jej postępem.
Iluzja tworzy dysproporcję, arytmię społeczeństwa .
Z pogardą mówimy o innych wepchniętych w ramy różne od naszych.
Tym bardziej, jeżeli technologicznie są za nami,
Mówimy o nich że żyją w średniowieczu.
My jesteśmy tak samo jak „inni”, tylko w technologicznym.
Nie oceniam z pozycji tronu, lokalizuje siebie w tłumie.
Inne gatunki zupełnie przestały mieć znaczenie podmiotu,
Stały się przedmiotem.
Zamiast z nimi współtworzyć, są eksploatowane,
Siebie w końcu też wyzyskujemy, to „Innych” można jeszcze bardziej,
Niech oddają nam dosłownie całych siebie.
Dopuściliśmy kilka do siebie,
Żeby nam towarzyszyły, żebyśmy nie wypadali źle.
Inne nas zabawiają, inne wypełniają nasze brzuchy.
Mamy w domu małe plemiona.
Mamy tutaj średniowieczną teraźniejszość technologiczną.
A miała być współczesność.

Gdy zacznie już sączyć się zewsząd, ich cierpienie w całości, cierpienie i gniew pierwotny o woni torfowej i duszącej jak brak powietrza, duszącej jak lęk. Spłoną w umysłach wszystkich niczyje już wtedy, sławą owiane monumenty prawdy, przykrywając, czarną jak sadza pierzyną okrucieństwa, wylane betonem sine oczodoły miast kiedyś pełnych.

Miast, czy bardziej gett, tworzonych przez wykształconych w świętym duchu mordu i gwałtu, wykorzenionych moralnie i etycznie pustych, niezasługujący na miano istot wyższych sadyści i mordercy, tworzonych na potrzeby własnego krwistego obżarstwa. Głuchym trzaskiem młota, w niesłyszanym, jak gdyby bezdźwięcznym wrzasku rozpaczy dzień w dzień mordowanych jest miliony.

Niespecjalnie się dziś spieszę, jeśli wcale. Nie wybieram się nigdzie też. Czas, jeśli by taki istniał z pewnością wydłużałby i rozciągał swą podróż przy mnie, wyraźnie go jednak zabrakło. Może i dobrze mi z nikim. Ten nikt o nic nie pyta, nikomu nie muszę też odpowiadać, bądź opowiadać. Usta me w ciągłym zamknięciu jakby trwają, i tylko to co im niezbędne chłoną.
