rusałka

Wirująca mętna diwa, zagubiona i naga
Pieje w swych ciemnych jaskiniach,
Kąpie się w tychże gorących źródłach,
Zielono się mieni jej skóra
Nieświadoma swego losu,
Wczuwa i rozkoszuje się swym dramatem
Jak na teatralnej próbie bez tremy i widzów
Scena się trzęsie od jej tańca,
Zimna i wszechmocna rusałka
niedoli i żmudnych chwil życia
Na palcu ma pierścień z drutu pleciony
Popijając gorzkie łzy litrami
Wysusza ostatnie pola nadziei


Pokuta

dziś wieczorem nie nastawiaj już ciepła

wrócę późną nocą,

będę gryzł lód zimny jak przodkowie

i pochylał się nad lustrem wody będę

w odbiciu widząc jedynie strzępy przeszłości,

tak nie rzeczywistej już dziś,

wynurzając odciętą głowę swą za uszy

przez kapiące z rzęs krople skażonej wody

przyszłość zobaczę, tak inną od nas,

inna od wszystkiego co znamy,

pokutę nie za swoje grzechy.

*

gwiazda ogrzewa policzek jedno oko w cieniu
świeci na południową korę drzew
a źdźbła traw i pędy na głodzie energetycznym
pną się wyciągają się do góry
niewidoczne aury przenikają się wzajemnie
nakładające się bezdenne szuflady myśli falowych
częstotliwości tak niskie że wklęsłe
tak wysokie że głuche
toną w wirach powietrznej fali
w morzu azotu tlenu i innych przypraw

o spacerach

Różne bywają spacery, bywają długie, krótkie
W upalny dzień i poranny ziąb
Planujemy, czym bardziej sponiewiera ciało, a niech
Uczymy się cierpliwie znosić kąsające komary
I gdy mędne gzy w około krążą, my idziemy
Tłuste szerszenie wściekłe skąpane w słońcu
Mimo to idziemy, weseli, radośni, chwilami ze łzami
Tam się potykamy, tu zjemy kanapkę
Dla ochłody pijemy, nogi w strumyku pluskamy
Patrzymy na wiatr muskający liście, lecz go nie widzimy
Jedynie migoczące listki w tandemie
Słuchamy ptaków śpiew piękny, lecz go nie rozumiemy
Jedynie piskliwe nawoływania,
Mówimy tysiące słów, lecz one nic nie znaczą
Jedynie puste słowa,
I tak wciąż i wciąż..
A powroty z kolei..
Rzewne powroty bywają, spłakane i głodne
Pełne wyrzutów i nieufności, zmęczenia,
Znużenia i niespełnienia
Niedokończonych tematów i spraw
Niby to powrót, ale nie nasz
Tylko odprowadzamy do drzwi i wracamy
I zazwyczaj jest wtedy ulewa, marznący deszcz
Lub zamieć śnieżna
A nawet płatki śniegu niektórzy potrafią zamienić w złoto
Gdy inni tylko w czarny szlam i gorszą breję
I tak wciąż i wciąż..

o poranku

Nie budź mnie o poranku, gdy zamiast śpiewu ptaków
Morderców salwy jesienne z ambon zamiast kajania
Nie budź mnie o poranku, mógłbym zasiać wdów dziesiątki

Nie zbudź mnie o poranku srogi,
bym ze wsi kobiecego zakonu nie uczynił
bym w polu na pale nie nabijał
niczym się od niech różnić wtedy nie będę
więcej wzrok mój moim nie będzie

Nie budź mnie o poranku, niech w zimnie tonie woń dzikiej zwierzyny,
Niech zimno koi ból ich bez łez mych zbędnych
Nie budź mnie o poranku, choćbym niespokojnym snem wierzgał

Nie zbudź mnie o poranku zimny
gdy będziesz zabierał z lasu co twoje
gdy będziesz dziurawił bębenki
zagłuszyć skowyt chcąc swych miłych
i głuchym na wołanie zostać

Nie budź mnie o poranku, chciałbym to wyśnić wreszcie
Tych między kopytami trawy źdźbeł zapach
Nie budź mnie o poranku, bez ich sine cura

retrospekcja

Wychodziłem z łóżka wcześnie rano, by nikogo nie obudzić. Na palcach przemykałem po skrzypiącym skrawku podłogi. Dziadek już był zebrany, na głowie kaszkiet, w butonierce kieliszek z ciastem na ryby, lubił łowić. Bywało też tak, że dziadek po mnie zachodził, żebym pospał chwilę dłużej, ale zawsze czułem złość, że nie mogę wypełnić mojego obowiązku, który w pełni akceptowałem jak z resztą inne. Zaczynaliśmy od początku wsi, od cioci Zoi. Jej dom mieścił się na wzniesieniu, droga lekko nachylała się do słońca. Gospodarstwo dość duże, dom w rozkładzie wzdłuż długiego i szerokiego korytarza, okna na południe, firany rozwiewane przez przeciągi. Zoja miała kilka krów, zawsze wychodziły jako pierwsze, przywilej przypadkowy. Do końca wsi zbierało się około 50 krów. Szły witając się ze sobą, machały ogonami, uszami, oblizywały się, szturchały i przepychały. Uwielbiałem polanę, od północy i zachodu las, za lasem rzeka i choć w najgorętsze dni dziadek odsyłał mnie do domu około południa, abym nie doznał udaru, sam też wracał, aby napić się kompotu. Wracałem bez drzemki. Spokojne krowy stały cierpliwie.