*

Bywają takie dni, 
jakimś narastającym niepokojem oplecione,
snujące się po domu zjawy,
przelewające się cienie z lewa na prawo i odwrotnie,
liście i kwiaty z zgubionym azymutem słońca,
kręcą się po własnych sieniach donicy,
więdnąc i tracąc się nawzajem,
upiornie melancholijne,
z tendencja do przeczucia końca wszystkiego,
ciągnięte dni jak sanie po błocie,
do horyzontu i troche dalej nie widać krzty nadziei,
ptaki się śmieją i mijają,
całe chmary, zderzają się,
ocierają się o siebie,
spadając znów zderzają,
akrobatyka wolności,
mezalians życia i śmierci.

There are days like this,
entwinded with some growing anxiety,
phantoms wandering around the house,
overflowing shadows from left to right and vice versa,
leaves and flowers with a lost azimuth of the sun,
they wander around the pot's own halls,
withering and losing each other,
ghastly melancholic,
with tendency to feel the end of everything,
days pulled like sledges in the mud,
to the horizon and a little further there is no hint of hope,
the birds laugh and pass,
whole swarms,
collide,
they rub against each other,
as they fall they collide again,
freedom acrobatics,
a misalliance of life and death.

***

wspomnienie dzieciństwa, ulotne i czasem fikcja
czasem to tylko chwila przy stole
a czasem kilka dni zamienione w lata życia
dzieciństwo jest smakiem, zapachem
jest tym wszystkim za czym tęsknimy
podwalinami miłych chwil
jest naleśnikiem z dżemem
jest późnym wstawaniem
beztroską ciepłego lata
zwiedzaniem opuszczonych starych jak wieś domów
wchodzeniem na drzewa
i spadanie z nich
piciem kompotu z porzeczki
pływaniem w rzece
tych kilka chwil, potrafi nas trzymać przy życiu
w nadziei, że się powtórzą
wyciągamy z pamięci te chwile
te urywki przeszłej teraźniejszości
chcąc zrobić coś miłego bliskim
sięgamy po katalog zwrotów i działań
które nas wprawiały w stan bycia zaopiekowanym
liczymy na to, że to podziała na innych tak samo
jak podziałało na nas.
lecz to tak nie działa.
nie zawsze.

rusałka

Wirująca mętna diwa, zagubiona i naga
Pieje w swych ciemnych jaskiniach,
Kąpie się w tychże gorących źródłach,
Zielono się mieni jej skóra
Nieświadoma swego losu,
Wczuwa i rozkoszuje się swym dramatem
Jak na teatralnej próbie bez tremy i widzów
Scena się trzęsie od jej tańca,
Zimna i wszechmocna rusałka
niedoli i żmudnych chwil życia
Na palcu ma pierścień z drutu pleciony
Popijając gorzkie łzy litrami
Wysusza ostatnie pola nadziei


Pokuta

dziś wieczorem nie nastawiaj już ciepła

wrócę późną nocą,

będę gryzł lód zimny jak przodkowie

i pochylał się nad lustrem wody będę

w odbiciu widząc jedynie strzępy przeszłości,

tak nie rzeczywistej już dziś,

wynurzając odciętą głowę swą za uszy

przez kapiące z rzęs krople skażonej wody

przyszłość zobaczę, tak inną od nas,

inna od wszystkiego co znamy,

pokutę nie za swoje grzechy.

*

gwiazda ogrzewa policzek jedno oko w cieniu
świeci na południową korę drzew
a źdźbła traw i pędy na głodzie energetycznym
pną się wyciągają się do góry
niewidoczne aury przenikają się wzajemnie
nakładające się bezdenne szuflady myśli falowych
częstotliwości tak niskie że wklęsłe
tak wysokie że głuche
toną w wirach powietrznej fali
w morzu azotu tlenu i innych przypraw

o spacerach

Różne bywają spacery, bywają długie, krótkie
W upalny dzień i poranny ziąb
Planujemy, czym bardziej sponiewiera ciało, a niech
Uczymy się cierpliwie znosić kąsające komary
I gdy mędne gzy w około krążą, my idziemy
Tłuste szerszenie wściekłe skąpane w słońcu
Mimo to idziemy, weseli, radośni, chwilami ze łzami
Tam się potykamy, tu zjemy kanapkę
Dla ochłody pijemy, nogi w strumyku pluskamy
Patrzymy na wiatr muskający liście, lecz go nie widzimy
Jedynie migoczące listki w tandemie
Słuchamy ptaków śpiew piękny, lecz go nie rozumiemy
Jedynie piskliwe nawoływania,
Mówimy tysiące słów, lecz one nic nie znaczą
Jedynie puste słowa,
I tak wciąż i wciąż..
A powroty z kolei..
Rzewne powroty bywają, spłakane i głodne
Pełne wyrzutów i nieufności, zmęczenia,
Znużenia i niespełnienia
Niedokończonych tematów i spraw
Niby to powrót, ale nie nasz
Tylko odprowadzamy do drzwi i wracamy
I zazwyczaj jest wtedy ulewa, marznący deszcz
Lub zamieć śnieżna
A nawet płatki śniegu niektórzy potrafią zamienić w złoto
Gdy inni tylko w czarny szlam i gorszą breję
I tak wciąż i wciąż..

czerń

umysł czysty jak łza
gdzieś się podział
umysł z łzą na gigancie
echo w próżni
przez dłoń przesypuję piasek
przełykam żwir na tajemnym antrakcie
gołymi stopami ubijam żar
zwęglone wino życia popijam
przyjdzie jeszcze moment
na żniwach matki ziemi
czerń duszy już dojrzewa
uważaj, słuchy wszystkich są otwarte
nasłuchują echa w próżni
soczewką gonią czarną łzę
wróć do początku, wróć
gdzie czerń=biel
a atrybut zera nieznany
gdzie umysł czysty jak łza
koło jest kołem bez koła
czerń jest bielą bez bieli
biel jest czernią bez czerni





o poranku

Nie budź mnie o poranku, gdy zamiast śpiewu ptaków
Morderców salwy jesienne z ambon zamiast kajania
Nie budź mnie o poranku, mógłbym zasiać wdów dziesiątki

Nie zbudź mnie o poranku srogi,
bym ze wsi kobiecego zakonu nie uczynił
bym w polu na pale nie nabijał
niczym się od niech różnić wtedy nie będę
więcej wzrok mój moim nie będzie

Nie budź mnie o poranku, niech w zimnie tonie woń dzikiej zwierzyny,
Niech zimno koi ból ich bez łez mych zbędnych
Nie budź mnie o poranku, choćbym niespokojnym snem wierzgał

Nie zbudź mnie o poranku zimny
gdy będziesz zabierał z lasu co twoje
gdy będziesz dziurawił bębenki
zagłuszyć skowyt chcąc swych miłych
i głuchym na wołanie zostać

Nie budź mnie o poranku, chciałbym to wyśnić wreszcie
Tych między kopytami trawy źdźbeł zapach
Nie budź mnie o poranku, bez ich sine cura