прощай мой друг , ты был мне близок,
мы даже не выпили кружку кофе вместе
а розошлись какбуто врага
*
gwiazda ogrzewa policzek jedno oko w cieniu
świeci na południową korę drzew
a źdźbła traw i pędy na głodzie energetycznym
pną się wyciągają się do góry
niewidoczne aury przenikają się wzajemnie
nakładające się bezdenne szuflady myśli falowych
częstotliwości tak niskie że wklęsłe
tak wysokie że głuche
toną w wirach powietrznej fali
w morzu azotu tlenu i innych przypraw
o spacerach
Różne bywają spacery, bywają długie, krótkie
W upalny dzień i poranny ziąb
Planujemy, czym bardziej sponiewiera ciało, a niech
Uczymy się cierpliwie znosić kąsające komary
I gdy mędne gzy w około krążą, my idziemy
Tłuste szerszenie wściekłe skąpane w słońcu
Mimo to idziemy, weseli, radośni, chwilami ze łzami
Tam się potykamy, tu zjemy kanapkę
Dla ochłody pijemy, nogi w strumyku pluskamy
Patrzymy na wiatr muskający liście, lecz go nie widzimy
Jedynie migoczące listki w tandemie
Słuchamy ptaków śpiew piękny, lecz go nie rozumiemy
Jedynie piskliwe nawoływania,
Mówimy tysiące słów, lecz one nic nie znaczą
Jedynie puste słowa,
I tak wciąż i wciąż..
A powroty z kolei..
Rzewne powroty bywają, spłakane i głodne
Pełne wyrzutów i nieufności, zmęczenia,
Znużenia i niespełnienia
Niedokończonych tematów i spraw
Niby to powrót, ale nie nasz
Tylko odprowadzamy do drzwi i wracamy
I zazwyczaj jest wtedy ulewa, marznący deszcz
Lub zamieć śnieżna
A nawet płatki śniegu niektórzy potrafią zamienić w złoto
Gdy inni tylko w czarny szlam i gorszą breję
I tak wciąż i wciąż..
czerń
umysł czysty jak łza
gdzieś się podział
umysł z łzą na gigancie
echo w próżni
przez dłoń przesypuję piasek
przełykam żwir na tajemnym antrakcie
gołymi stopami ubijam żar
zwęglone wino życia popijam
przyjdzie jeszcze moment
na żniwach matki ziemi
czerń duszy już dojrzewa
uważaj, słuchy wszystkich są otwarte
nasłuchują echa w próżni
soczewką gonią czarną łzę
wróć do początku, wróć
gdzie czerń=biel
a atrybut zera nieznany
gdzie umysł czysty jak łza
koło jest kołem bez koła
czerń jest bielą bez bieli
biel jest czernią bez czerni
o poranku
Nie budź mnie o poranku, gdy zamiast śpiewu ptaków
Morderców salwy jesienne z ambon zamiast kajania
Nie budź mnie o poranku, mógłbym zasiać wdów dziesiątki
Nie zbudź mnie o poranku srogi,
bym ze wsi kobiecego zakonu nie uczynił
bym w polu na pale nie nabijał
niczym się od niech różnić wtedy nie będę
więcej wzrok mój moim nie będzie
Nie budź mnie o poranku, niech w zimnie tonie woń dzikiej zwierzyny,
Niech zimno koi ból ich bez łez mych zbędnych
Nie budź mnie o poranku, choćbym niespokojnym snem wierzgał
Nie zbudź mnie o poranku zimny
gdy będziesz zabierał z lasu co twoje
gdy będziesz dziurawił bębenki
zagłuszyć skowyt chcąc swych miłych
i głuchym na wołanie zostać
Nie budź mnie o poranku, chciałbym to wyśnić wreszcie
Tych między kopytami trawy źdźbeł zapach
Nie budź mnie o poranku, bez ich sine cura
czasem zapominając
kim się jest i było
można stać się znów
i naprawdę sobą.
Koniec wakacji
Koniec wakacji
Smutne błękitne niebo
bardziej niż zwykle
uwiera piasek między palcami
retrospekcja
Wychodziłem z łóżka wcześnie rano, by nikogo nie obudzić. Na palcach przemykałem po skrzypiącym skrawku podłogi. Dziadek już był zebrany, na głowie kaszkiet, w butonierce kieliszek z ciastem na ryby, lubił łowić. Bywało też tak, że dziadek po mnie zachodził, żebym pospał chwilę dłużej, ale zawsze czułem złość, że nie mogę wypełnić mojego obowiązku, który w pełni akceptowałem jak z resztą inne. Zaczynaliśmy od początku wsi, od cioci Zoi. Jej dom mieścił się na wzniesieniu, droga lekko nachylała się do słońca. Gospodarstwo dość duże, dom w rozkładzie wzdłuż długiego i szerokiego korytarza, okna na południe, firany rozwiewane przez przeciągi. Zoja miała kilka krów, zawsze wychodziły jako pierwsze, przywilej przypadkowy. Do końca wsi zbierało się około 50 krów. Szły witając się ze sobą, machały ogonami, uszami, oblizywały się, szturchały i przepychały. Uwielbiałem polanę, od północy i zachodu las, za lasem rzeka i choć w najgorętsze dni dziadek odsyłał mnie do domu około południa, abym nie doznał udaru, sam też wracał, aby napić się kompotu. Wracałem bez drzemki. Spokojne krowy stały cierpliwie.
drzewa żyją
dopiero po zrzuceniu liści,
odpoczywają.
pesymalny futuryzm ogołaca mnie
