brednie codzienności

wstałem. wypuściłem psa, żeby obudził szczekaniem sąsiadów po wczorajszym pożegnaniu wakacji (oczywiście, że to nie prawda). zalałem kawę. po chwili z głośników wydobył się głos van zandt’a [townes van zandt-waitin’ around to die], zacząłem się zastanawiać nad swoją polną drogą do śmierci. miałem mętlik po wczorajszym seansie o ucieleśnieniu króla paimona. przypomniało mi się, że kiedyś myślałem, że zostanę demonologiem. stan kiedy wydaje się, że się kimś zostanie. nie w rozumieniu powodzenia, czy kariery. kiedy byłem dzieciakiem, niezwykłe emocje fundowałem sobie przed snem, nakrywając się wyłącznie fragmentem/narożnikiem koca lub kołdry, ucieleśniając w sobie bezdomnego, i ta ogromna chęć przetrwania budząca się z bezradności kształtowanej empatią.. ta ostatnia prowadzi mnie przez większość życia.[scrapper blackwell-nobody wants you when youre down]