*

odziani w przeszłość, zapominamy
zapominamy o wszystkim
zapominamy o wrażeniu
przekształcamy w miłe
złe doświadczenia
złe chwile stają się warte wspomnień
uczą nas więcej, uczą nas życia
dobre zapominamy szybko
odziani w przeszłość
na dłoniach ledwo pył poprzednich chwil
zapominamy tak łatwo
gonimy by pielęgnować traumy
tak wiele o nas mówią oczy
doświadczone, smutne
zmęczone, szalone
zwierciadło minionego
portal zapomnianego

*

Urodziłem sie
Nauczyłem sie oddychać
Nauczyłem się pić
Nauczylem się jeść
Nauczyłem się śmiać
Nauczylem się załatwiać
Nauczyłem się patrzeć
Nauczyłem sie myśleć
Nauczyłem się kochać
Nauczyłem się słuchać
Nauczyłem się dotykać
Nauczylem sie ruszać
Nauczyłem się chodzić
Nauczyłem się mówić
Nauczyłem się liczyć
Nauczyłem się czytać
Nauczyłem się oceniać
Nauczyłem się rozmawiać
Nauczyłem sie rozmyślania
Poszedłem do szkoły
Nauczyli mnie złości
Uczyli mnie niesprawiedliwości
Nauczyli mnie gniewu
Uczyli mnie cwaniactwa
Nauczyli mnie picia
Nauczyli mnie palenia
Uczyli mnie niemyślenia
Nauczyli mnie poczucia straty czasu
Uczyli mnie pokory
Poszedłem do pracy
Uczyli mnie bezsensu
Uczyli mnie nonsensu
Uczyli mnie konsensu



*

Igły świerku zanurzone w wietrze
Szczek psów i śpiew leśnych ptaków
Niesione w dal
Brzozy kołyszą się
A ja wraz z nimi
Otulany z każdej strony
Powietrzem z dalekich krain
Oddycham nim i żyje
Las jest piękną ciszą
Szumiącą w mojej głowie


*

Bywają takie dni, 
jakimś narastającym niepokojem oplecione,
snujące się po domu zjawy,
przelewające się cienie z lewa na prawo i odwrotnie,
liście i kwiaty z zgubionym azymutem słońca,
kręcą się po własnych sieniach donicy,
więdnąc i tracąc się nawzajem,
upiornie melancholijne,
z tendencja do przeczucia końca wszystkiego,
ciągnięte dni jak sanie po błocie,
do horyzontu i troche dalej nie widać krzty nadziei,
ptaki się śmieją i mijają,
całe chmary, zderzają się,
ocierają się o siebie,
spadając znów zderzają,
akrobatyka wolności,
mezalians życia i śmierci.

There are days like this,
entwinded with some growing anxiety,
phantoms wandering around the house,
overflowing shadows from left to right and vice versa,
leaves and flowers with a lost azimuth of the sun,
they wander around the pot's own halls,
withering and losing each other,
ghastly melancholic,
with tendency to feel the end of everything,
days pulled like sledges in the mud,
to the horizon and a little further there is no hint of hope,
the birds laugh and pass,
whole swarms,
collide,
they rub against each other,
as they fall they collide again,
freedom acrobatics,
a misalliance of life and death.