Kominy

jackson thilenius

Gdy zacznie już sączyć się zewsząd, ich cierpienie w całości, cierpienie i gniew pierwotny o woni torfowej i duszącej jak brak powietrza, duszącej jak lęk. Spłoną w umysłach wszystkich niczyje już wtedy, sławą owiane monumenty prawdy, przykrywając, czarną jak sadza pierzyną okrucieństwa, wylane betonem sine oczodoły miast kiedyś pełnych.

beksinski1

Miast, czy bardziej gett, tworzonych przez wykształconych w świętym duchu mordu i gwałtu, wykorzenionych moralnie i etycznie pustych, niezasługujący na miano istot wyższych sadyści i mordercy, tworzonych na potrzeby własnego krwistego obżarstwa. Głuchym trzaskiem młota, w niesłyszanym, jak gdyby bezdźwięcznym wrzasku rozpaczy dzień w dzień mordowanych jest miliony.

brednie codzienności

wstałem. wypuściłem psa, żeby obudził szczekaniem sąsiadów po wczorajszym pożegnaniu wakacji (oczywiście, że to nie prawda). zalałem kawę. po chwili z głośników wydobył się głos van zandt’a [townes van zandt-waitin’ around to die], zacząłem się zastanawiać nad swoją polną drogą do śmierci. miałem mętlik po wczorajszym seansie o ucieleśnieniu króla paimona. przypomniało mi się, że kiedyś myślałem, że zostanę demonologiem. stan kiedy wydaje się, że się kimś zostanie. nie w rozumieniu powodzenia, czy kariery. kiedy byłem dzieciakiem, niezwykłe emocje fundowałem sobie przed snem, nakrywając się wyłącznie fragmentem/narożnikiem koca lub kołdry, ucieleśniając w sobie bezdomnego, i ta ogromna chęć przetrwania budząca się z bezradności kształtowanej empatią.. ta ostatnia prowadzi mnie przez większość życia.[scrapper blackwell-nobody wants you when youre down]